Spread the love

Refleksyjny esej o sześćdziesiątym roku życia, powrocie Ognistego Konia oraz nowym cyklu twórczości. Osobista mitologia, pamięć, archiwum i wewnętrzny ogień splatają się w opowieść o przemianie i świadomej dojrzałości.


Powrót Ognistego Konia

Istnieją dni, które nie są jedynie kolejną datą wpisaną do kalendarza. Przypominają progi. Czas zatrzymuje się na nich, nabiera oddechu, a następnie rusza dalej, lecz jego krok brzmi już inaczej. Dla mnie takim dniem jest 17 lutego 2026 roku. W tym punkcie spotykają się dwa odległe brzegi mojego życia: rok 1966 i rok 2026. Zamyka się cykl obejmujący sześćdziesiąt lat, a niebo i ziemia powracają do układu, w którym po raz pierwszy zostałem przyjęty przez świat.

Ognisty Koń wraca do źródła.

Nie przybywa jednak jako stworzenie, które kiedyś wyruszyło w drogę. Napił się z wielu rzek, przeszedł przez obce miasta, pustkowia, pracownie, dworce i biblioteki. Niósł na grzbiecie obrazy, niewypowiedziane zdania, porzucone projekty i znaki, których znaczenie odsłoniło się dopiero po latach. Powraca do tej samej wody, lecz spogląda na nią oczami kogoś, kto zrozumiał, że źródło istnieje również wewnątrz człowieka.


Horyzont sześćdziesięciu lat

Sześćdziesiąt lat nie jest dla mnie granicą między dojrzałością a starością. Bardziej przypomina horyzont, z którego można spojrzeć w dwóch kierunkach jednocześnie. Za plecami rozciąga się krajobraz przebytych dróg, a przede mną znajduje się przestrzeń, której kształtu jeszcze nie znam. Oba widoki należą do mnie, jednak nie muszę już wybierać pomiędzy nimi.

W młodości człowiek patrzy najczęściej przed siebie. To, co pozostawił za sobą, wydaje mu się zbyt małe, nieistotne lub przypadkowe. Z biegiem lat perspektywa ulega zmianie. Szczegół, który niegdyś znaczył niewiele, może stać się kluczem do całej opowieści. Zapach papieru, rytm pociągu, fragment rozmowy, światło padające na ścianę pracowni – żaden z tych elementów nie był osobnym zdarzeniem. Wszystkie tworzyły język, którego alfabet poznawałem powoli.

W wieku sześćdziesięciu lat nie odczuwam potrzeby sporządzenia ostatecznego bilansu. Życie nie jest księgą rachunkową. Nie daje się podzielić na zyski i straty, sukcesy i porażki. Przypomina raczej rękopis wielokrotnie poprawiany przez niewidzialnego autora. Niektóre zdania zostają przekreślone, inne dopisane na marginesie. Czasami okazuje się, że najważniejsza część tekstu przez lata ukrywała się pod warstwą poprawek.


Powrót do źródła

Kiedy spoglądam w przeszłość, nie widzę prostej linii. Widzę archiwum. Jest wielogłosowe, niejednorodne i pełne tajemnych przejść. Znajdują się w nim wspomnienia barokowo nasycone światłem i cieniem, a obok nich surowe obrazy historii, która wdarła się w dzieciństwo bez pytania o zgodę.

Słyszę rytm pociągu z sierpnia 1968 roku. Jako małe dziecko znajdowałem się wtedy w ramionach matki i jechałem ku nieznanemu. Nie rozumiałem historii ani lęku dorosłych. Pozostał jednak stukot kół, mechaniczny puls powtarzający się w ciemnym wnętrzu wagonu. Z czasem stał się metronomem mojego życia.

Być może dlatego zawsze fascynowały mnie druk, maszyny, matryce, powtarzalność gestu i materialna strona tworzenia. Każdy mechanizm posiada własną składnię. Każda prasa drukarska oddycha przez nacisk, opór i uwolnienie. Nawet najdelikatniejsza linia graficzna rodzi się ze spotkania zamysłu z materią, która nie poddaje się bezwarunkowo.

Ogień mojego znaku długo kierował się na zewnątrz. Domagał się ruchu, zmiany, kolejnego języka i nowej formy. Dziś płonie inaczej. Nie potrzebuje już rozległego pożaru, aby potwierdzić swoją obecność. Stał się światłem pracowni, lampą pochyloną nad papierem, żarem utrzymującym temperaturę wewnętrznego warsztatu.


Życie jako otwarte archiwum

Przez całe życie byłem archiwistą, nawet jeśli długo nie używałem wobec siebie tego określenia. Nie chodziło o zawód ani o instytucję, lecz o sposób patrzenia. Zbierałem fragmenty: fotografie, głosy, kroje pisma, ślady budynków, twarze mijane w podróży, układy barw i zdania zapisane w pośpiechu.

Nie gromadziłem ich wyłącznie po to, aby chronić przeszłość. W każdym fragmencie przeczuwałem możliwość przyszłej formy. Archiwum nie jest przecież grobowcem. Jest organizmem, który przekształca się za każdym razem, gdy ktoś otwiera jedną z jego szuflad. Dokument zmienia znaczenie w zależności od tego, w jakim momencie życia zostaje ponownie odczytany.

Moja praca graficzna, fotograficzna, literacka i projektowa była zawsze próbą nadania porządku temu, co rozproszone. Nie chodziło o narzucenie światu sztywnej geometrii. Szukałem raczej linii zdolnej przeprowadzić człowieka przez nadmiar.

Interesowała mnie możliwość spotkania barokowej intensywności z nowoczesną przejrzystością. Ornament nie musiał oznaczać zbędnego przepychu, a minimalizm – emocjonalnej pustki. Pomiędzy nimi istniało napięcie przypominające strunę instrumentu. Wystarczyło znaleźć odpowiedni nacisk, aby zaczęła brzmieć.

Z tej potrzeby narodził się Íkarin, mój własny język i system pisma. Nie stworzyłem go po to, aby odgrodzić się od innych. Był próbą odnalezienia kształtu dla tego, czego nie potrafiły pomieścić znane alfabety. Jego znaki są graficznymi śladami wewnętrznego ruchu. Powstają z intuicji, lecz wymagają precyzji. Przypominają, że nawet ogień może otrzymać formę bez utraty swojej natury.


Ognisty Koń jako wewnętrzny archetyp

Ognisty Koń nie jest dla mnie wyłącznie znakiem przypisanym do roku urodzenia; stał się figurą psychologiczną, sposobem rozumienia energii, która przez dziesięciolecia zmieniała swoje oblicza.

W młodości utożsamiałem ją z gwałtownością, buntem i koniecznością przekraczania granic. Wydawało mi się, że siła musi być widoczna. Musi zostawić za sobą spaloną ziemię, ślad kopyt albo przynajmniej echo głośnego gestu. Dopiero później zrozumiałem, że prawdziwa energia nie zawsze objawia się w przyspieszeniu.

Czasami największej siły wymaga pozostanie w miejscu: dokończenie pracy, kiedy minęło pierwsze olśnienie; powrót do tekstu, który odsłonił własne słabości; spojrzenie na dawne decyzje bez potrzeby ich usprawiedliwiania; przyjęcie faktu, że nie każda droga musiała prowadzić do celu, aby mogła stać się częścią życia.

Dzisiaj Ognisty Koń nie potrzebuje jeźdźca próbującego podporządkować go swojej woli. Człowiek i zwierzę oddychają wspólnie. Ich ruch nie wynika z walki, lecz ze wzajemnego rozpoznania. Kierunek staje się ważniejszy od prędkości.


Biblioteka bez ścian

Jednym z najważniejszych odkryć mojego życia pozostaje przekonanie, że biblioteka nie musi posiadać murów. Liber Sine Bibliotheca nie oznacza braku książek ani odrzucenia pamięci; jest rozszerzeniem idei biblioteki na całą rzeczywistość.

Księgą może być fasada starego domu, twarz nieznajomego zauważona przez szybę tramwaju, pęknięcie w murze, krój ręcznie wykonanej litery albo przedmiot odnaleziony na targu staroci. Świat zapisuje własne teksty w materiale, świetle i przemijaniu. Nie wszystkie mają autora, tytuł czy zakończenie. Wymagają jednak uważnego czytelnika.

W tej bibliotece jestem zarazem czytelnikiem, kopistą i kustoszem. Nie próbuję posiadać wszystkiego, co zauważam. Własność zamyka przedmiot, podczas gdy uwaga pozwala mu zachować tajemnicę. Pragnę ocalić fragmenty przed zapomnieniem, lecz nie zamierzam ich unieruchamiać. Żywa pamięć powinna pozostawić miejsce na przemianę.


Trzy zobowiązania nowego cyklu

Kiedy zamyka się wielki krąg, rodzi się pokusa tworzenia podsumowań. Ja wybieram zobowiązania. Nie składam ich światu, historii ani publiczności. Składam je sobie.

Być przejściem

Chcę pozwalać, aby obrazy, głosy i formy przechodziły przeze mnie, nie stając się moją własnością. Twórca nie zawsze jest źródłem. Niekiedy pozostaje progiem, przez który coś jeszcze bezimiennego wchodzi do widzialnej rzeczywistości.

Być ogniem

Nie ogniem niszczącym, lecz kształtującym. Takim, który nadaje formę metalowi, rozświetla przestrzeń i ogrzewa ciało. Żar nie musi pożerać. Może podtrzymywać życie dzieła przez wiele lat.

Być archiwum

Żywym, otwartym i pozbawionym murów. Archiwum powinno chronić, ale nie może więzić. Musi akceptować fakt, że pamięć podlega zmianom, a zapomnienie bywa czasami jej najgłębszą komnatą.


Dwukropek zamiast kropki

Sześćdziesiąty rok nie jest ostatnim rozdziałem. Nie stawiam kropki po minionych dekadach. Wybieram dwukropek.

Zanim otwiera się nowa przestrzeń. Nie obiecuję sobie, że będzie łatwiejsza, spokojniejsza czy bardziej przewidywalna. Wiem jedynie, że wchodzę w nią z inną świadomością. Nie muszę już dowodzić prawa do tworzenia. Nie potrzebuję zgody, aby łączyć języki, obrazy, fotografie, znaki i wspomnienia. Wszystkie należą do tej samej wewnętrznej biblioteki.

Najważniejsze nie znajduje się wyłącznie za mną ani przede mną. Niosłem to przez całą drogę, choć nie zawsze potrafiłem rozpoznać jego kształt. Jest we mnie jak rytm kół pociągu, jak linia wyryta w matrycy, jak alfabet czekający na pierwszego czytelnika.

Krąg się zamknął, lecz droga się nie kończy.

Ognisty koń powrócił do źródła. Pochyla głowę nad wodą, rozpoznaje w niej własne odbicie i przez chwilę pozostaje nieruchomy. Potem podnosi wzrok.

Nie wrócił po to, aby ukończyć dawny wyścig.

Wrócił, by nadać biegowi nowe znaczenie.



Discover more from LIBER SINE BIBLIOTHECA

Subscribe to get the latest posts sent to your email.

Leave a Reply

Trending

Discover more from LIBER SINE BIBLIOTHECA

Subscribe now to keep reading and get access to the full archive.

Continue reading

Discover more from LIBER SINE BIBLIOTHECA

Subscribe now to keep reading and get access to the full archive.

Continue reading